urodził sie 6 kwietnia, W Wielką Sobotę 1901 r. W Turynie, w
zamożnej rodzinie piemonckiej. Wraz z młodzszą siostrą
Lucianą, która stała się najblizszą mu osobą,
wychowywany był niezwykle surowo w oparciu o zakazy i nakazy, po
spartańsku.
Ojciec był agnostykiem, matka praktykująca.
Życie Pier Giorgia toczyło się głównie między
mieszkaniem w Turynie a willą rodzinną w Pollone, 70 km od Turynu, u
stóp Alp.
Mały Dodo, Jak nazywano Pier Giorgia w dzieciństwie,
reagował natychmiast gdy chodziło o kogoś słabego,
potrzebującego pomocy. Potrafił błyskawicznie
ściągnąć buciki i pończochy i oddać je ubogiej
kobiecie z bosym dzieckiem na ręku, która zapukała do drzwi jego
domu.
Pewnego razu, gdy z dziadkiem Francesco odwiedził ochronkę w
Pollone, od razu spostrzegł posadzone na uboczu, owrzodzone, smutne
dziecko. Podszedł do niego i zaczął z nim jesć tą samą
łyzką.
Kochał kwiaty, które zrywał pełnymi garściami. „Siostro
,powiedział kiedyś do zakonnicy spotkanej w ogrodzie – te róże
zaniesiesz ode mnie Jezusowi”-.” Zobaczysz Jezus cię kiedyś uczyni
świętym” odpowiedziała zaskoczona zakonnica.
„Kochany Tatusiu
Kocham cię bardzo i chcę zebyś był zadowolony: nie
będę już bił Luciany i nie będę kłamał.
Wesołych Świąt. Będę sie modlić do
Dzieciątka Jezus za ciebie.
Twój Dodo”
W życiu małego Pier Giorgio coraz większą rolę
zaczynała odgrywać wiara i żarliwa praktyka religijna .
Mając lat 11 nie chciał
już położyć się do łóżka, jeśli
przedtem długo się nie pomodlił. Być może , był
to wpływ babki Lindy Ametis, od której przejął na pewno
pamięć o zmarłych i wiarę w wartość modlitwy.
Równocześnie rosła w nim wrażliwość na potrzeby
innych. Jego reakcja na odesłanie z niczym pukającego do drzwi
żebraka : „Mamo, a może go tu
przysłał Jezus!”. Cicho wychodził z domu, aby zatrzymać
zauważonego z balkonu biedaka.
Wycieczki w góry były okazją do pomagania słabszym :
brał na siebie najcięższe plecaki, przecierał szlak.
Wchodził do wszystkich napotkanych kapliczek z pękami kwiatów
zebranych po drodze.
Ojciec Pier Giorgia, Alfredo Frassati, właściciel i redaktor naczelny liberalnego dziennika turyńskiego „La Stampa”, w swoim biurze. Pochłonięty działalnością polityczną, dla rodziny niewiele znajdował czasu.
Pier Giorgio uczęszczał do zwykłej szkoły publicznej w Turynie, do jednej klasy z siostrą. W 1913 r.: nie zdał egzaminu z łaciny. Oto jego list do ojca:
„Drogi Tatusiu!
Jestem
zawstydzony i zmartwiony i nie wiem nawet, jak Ci o tym napisać.
Widziałem ból Mamy i myślałem o Twoim. Nie mogę
znaleźć słów, żeby prosić Cię o przebaczenie.
Przykro mi także dlatego, że pozostaję w tyle i wstyd mi wobec
kolegów i siostry, którzy mnie wyprzedzili. Mam nadzieję, że
uwierzysz w szczerość mojego postanowienia, iż w tym roku
będę się uczył i postaram się naprawić wszystko,
co tylko możliwe… Zobaczysz, iż będę się starał
uczynkami dowieść Ci mojego przywiązania.”
Aby nadrobić stracony rok, przenosi się do gimnazjum prowadzonego przez OO. Jezuitów. Atmosfera panująca w gimnazjum umocniła w nim wiarę i miłość bliźniego.
Kochał chodzenie po górach , jazdę konną i na rowerze. Gdy pewnego dnia skradziono mu rower, mruknął tylko: „może ten ktoś potrzebował go bardziej niż ja”. A przecież ten rower pochłonął lwią część jego mozolnie gromadzonych oszczędności. W domu nie brakowało pieniędzy, ale dzieci prawie nigdy ich nie dostawały.
W 1915 r. Włochy przystąpiły do Wojny Światowej. Pier Giorgio był głęboko poruszony ogromem nieszczęść, które ona przyniosła. Zapytał kiedyś służącą: - „Natalio, czy oddałabyś życie, aby wojna się skończyła? – Nie, na pewno nie, jestem młoda i życie jest mi tak samo drogie jak tym żołnierzom. – A ja tak, bez wahania, choćby dzisiaj”.
Swoje dziecięce oszczędności wysyła żołnierzom na front. Do kolegów posyła kartki pocztowe, przedstawiające skutki wojny.
Z trudem uzyskał zgodę matki na codzienne przystępowanie do Komunii św.. Zapisał się do Stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu i do Apostolatu Modlitwy. Ich legitymacje nosił zawsze przy sobie.
Mpdlitwa stanowiła dla niego nieodłączną część dnia. Każdy, choćby najtrudniejszy, kończył się różańcem.
Pan senator (ojciec Pier Giorgia), jednego razu mi powiedział: „wczoraj o północy zastałem Pier Giorgia śpiącego przy łóżku z różańcem w ręku”. (C.Masero)
Wstąpił do Sodalicji Mariańskiej i do Bractwa Różańcowego.
Modlić się obok niego było prawdziwą radością duchową. (O.Goria S.J.)
Msze, Komunie św., modlitwy, Konferencje św. Wincentego (pomoc biednym i cierpiącym) – wszystko to wypełniało dni Pier Giorgia, a jednak znajdował czas na naukę i zdał bez trudu maturę licealną u OO. Jezuitów.
Jego
nabożeństwo do Matki Bożej było trwałe i
głębokie. Szczególnie czcił Matkę Bożą Pocieszycielkę w Turynie i
Czarną Madonnę w pięknym górskim sanktuarium Oropa (40 minut
drogi od Pollone). Chodził tam niezależnie od pogody, zawsze z
kwiatami w ręku. „Pier Giorgio, przyszedłeś w taką okropną pogodę?”
zapytał go o. Ferrarini. „Dobrze odmawia się różaniec
idąc po śniegu.”
Nie sposób zapomnieć jego widoku kiedy się modlił. Wpatrywał się w Madonnę tak, jakby chciał Ją wchłonąć oczyma (ks. F. Paschetto)
Pozycja ojca zapewniała szybką karierę w dzienniku „La Stampa”. Pier Giorgio wybiera jednak ciężkie studia inżynieryjne, gdyż chce dzielić w przyszłości twarde życie górników. W 1919 roku zapisuje się na Wydział Górniczy Królewskiej Politechniki w Turynie. Wyznaje :
„Będę
inżynierem górnikiem, aby jeszcze więcej służyć
Chrystusowi”
Zapisuje się do studenckiej katolickiej organizacji FUCI (Federazione Universitaria Cattolica Italiana). Zapisuje się też do GCI (Gioventů Cattolica Italiana) stowarzyszenia włoskiej młodzieży katolickiej skupiającego głównie robotników. Odznakę tego stowarzyszenia nosił zawsze przypiętą do marynarki. Jest aktywnym działaczem obu tych organizacji szczególnie zaangażowanym w dzieło miłosierdzia.
„Przyjaciele… każdy z was wie,
że fundamentem naszej religii jest miłość, bez której
rozsypałaby się ona w proch, gdyż bez tego nie będziemy
naprawdę katolikami, dopóki nie spełnimy, a raczej nie
ukształtujemy całego naszego życiazgodnie z dwoma przykazaniami
zawierającymi w sobie istotę wiary katolickiej: kochać Boga ze
wszystkich naszych sił i kochać bliźniego jak siebie samego .
…Przemoc i
gwałt sieją nienawiść i potem zbiera się tego owoce.
Miłosierdzie zasiewa w ludziach pokój, ale nie jest to pokój tego
świata, lecz Pokój Prawdziwy, którym tylko wiara w Jezusa Chrystusa
może nas obdarzyć.
Wiem, że droga ta jest trudna i pełna cierni, podczasgdy ta druga na pierwszy rzut oka wydaje się piękniejsza, łatwiejsza i dająca więcej zadowolenia. Ale gdybyśmy mogli zgłębić wnętrza tych, którzy na swoje nieszczęście chodzą wypaczonymi drogami, zobaczylibyśmy, że nigdy nie mają w sobie tej pogody, jaką posiada ten, który wyrzekł się jakiejś materialnej przyjemności, aby pójść za Prawem Bożym.”
(Notatki Pier Giorgia do mowy o miłosierdziu do kolegów z FUCI)
Pier Giorgio nie tylko mówił o miłosierdziu…
„Ulubionym celem jego wypraw były przytułki Cotolengo. Przechodził między rzędami łóżek, pocieszając tych nieszczęśliwych ludzi, chętnie z nimi rozmawiał, nazywał ich braćmi i nie zapominał nigdy, nie odczuwając przy tym odrazy i nie bojąc się zarażenia, ucałować każdego z nich jak najlepszego przyjaciela.” (M.Ghemlera)
„Naprawdę czymś nadzwyczajnym był widok tego młodzieńca, pochylającego się nad tą nędzą z matczyną czułością. Pamiętam, jak podawał coś do zjedzenia i ocierał ślinę, jakiemuś niewidomemu i głuchoniememu dziecku” (G.Perfetto)
„Podczas odwiedzin w szpitalu spotkaliśmy chorą rodzinę złożoną z ojca, matki i 20-letniego syna o twarzy zeszpeconej przez trąd. Pier Giorgia wzruszył widok tego nieszczęśliwego młodzieńca. „Teraz widzi Pani – powiedział – jak niezmiernie cenną rzeczą jest zdrowie, którym my się cieszymy.” I chwilę potem: „Jednak zniekształcenia twarzy tego młodzieńca znikną, kiedy wejdzie do nieba. Myślę, że nasze zdrowie powinniśmy oddać w służbę tym, którzy go nie mają, gdyż w przeciwnym razie zdradzilibyśmy ten wielki dar Boży i Jego dobrodziejstwo, którego obecnie doświadczamy.” (J. Vigna)
„Niestrudzenie odwiedzał chorych podczas słynnej epidemii hiszpańskiej w 1918 r. nie wahając się spełniać najbardziej przykrych posług” (G.Giorgerino)
„Po śmierci Pier Giorgia przyszła do mnie pani C. i łkając powiedziała, że zabrakło jej najsilniejszej podpory. Opowiadała, ile ten chłopak uczynił dla niej: jak dzięki niemu mogła pozostać dłużej w szpitalu po urodzeniu dziecka, jak zajął się jej przewiezieniem do domu, jak był chrzestnym ojcem jej dziecka i przyniósł ubranko do chrztu. Gdy jej mąż, który bardzo pił, miał wyjść z więzienia, Pier Giorgio poszedł i czekał na niego, a potem zaprowadził go do takiej fabryki, w której nic nie pytali się o opinię. O to, czym był Pier Giorgio dla biednych.” (J.Nebbia)
„Byłem wikariuszem w parafii Matki Bożej Pokoju i wtedy poznałem Pier Giorgia Frassati. Co miesiąc przyprowadzał do spowiedzi ubogich, którymi się opiekował, a w dzień później do Komunii świętej i wraz z nimi przystępował do tych sakramentów. Odmawiał na głos, by wszyscy słyszeli, modlitwy przygotowujące i modlitwy dziękczynne. Wzruszający był widok tego młodzieńca, za którym szło zawsze tyle rodzin, trzydzieści, czterdzieści osób.” (ks. Barberis)
„…młody, wysportowany, przystojny, ze wspaniałą przyszłością, lubiany i podziwiany, z rodziny zamożnej i szanowanej… potrafił pójść za głosem Chrystusa, który wezwał go do służby miłości i miłosierdzia.”(Prof. L.Gedda)
„…Miłosierdzie, karmione codziennym kontaktem z Chrystusem i radosną medytacją pism św. Katarzyny Sieneńskiej oraz św. Pawła, którego hymn o miłości nosił stale przy sobie, było dominującą cechą całego życia Pier Giorgia. Widzimy je u Pier Giorgia, małego chłopca, który szybko ściąga skarpetki i buty, aby oddać je proszącej o pomoc kobiecie, jak również u Pier Giorgia umierającego, gdy w agonii, już sparaliżowaną ręką, z trudem wypisuje na kartce nazwiska ludzi, którym już sam pomóc nie może, a których poleca opiece przyjaciół. Miłosierdzie dla Pier Giorgia nie polegało na dawaniu potrzebującym czegoś, lecz na dawaniu im samego siebie. Biedni i cierpiący byli jego ulubieńcami. Uważał się za ich sługę, a służenie im za przywilej.” (Prof. G.Lazzati)
„Jezus
nawiedza mnie w Komunii św. Każdego dnia, a ja Mu się
odwdzięczam za to w dostępny mi, skromny sposób odwiedzając Jego
biedaków”
Pier Giorgio zdawał sobie sprawę, że nie wystarczy zajmować się ludzką biedą i nędzą, że także na płaszczyźnie politycznej należy walczyć o większą sprawiedliwość społeczną, o prawa dla pokrzywdzonych.
Zgodnie z liberalną tradycją swojej rodziny uważał, że zawsze trzeba bronić godności osoby ludzkiej, wolności, jako warunku autentycznego życia społecznego i zdecydowanie zwalczać każdą formę gwałtu i przemocy. W 1920 r. został członkiem założonej w tym czasie przez ks. Luigi Sturzo Włoskiej Partii Ludowej
„Był świadom swojej odpowiedzialności społecznej. Odpowiedzialności za życie Narodu, do którego należał, odpowiedzialności za jego autentyczną tradycję duchową, chrześcijańską. Tę odpowiedzialność podejmował nie szczędząc siebie” (kard. K.Wojtyła)
Aktywnie uczestniczy w kampanii wyborczej i angażuje się z całym młodzieńczym entuzjazmem w działalność katolickich związków zawodowych.
„Niesprawiedliwość budziła w nim oburzenie i nie było takiego zebrania czy spotkania, zwołanego w celu potwierdzenia i obrony naszych praw robotniczych, w czasie którego nie padłyby wypowiedziane z namiętnością apostoła, braterskie i pełne miłości słowa Pier Giorgia.” (Giacinto Zaccheo)
„Dla nas, robotników, on był jak brat” (M.Riccio)
W 1920r., gdy ojciec został mianowany ambasadorem w Berlinie, wyjechał tam także Pier Giorgio. Nawiązywał w stolicy Niemiec kontakty ze środowiskami studentów i robotników, poprzez przyjaźń z księdzem Karolem Sonnenscheinem, opiekunem biednych. Dzięki niemu zrozumiał, że aby móc prowadzić podobną działalność, trzeba pozostać człowiekiem świeckim, ale z duszą kapłana.
Starał się unikać udziału w światowym życiu rodziców. Po przyjęciach zbierał z gościnnych stołów ambasady, co się dało, także i kwiaty i zanosił swoim ubogim.
Kartka pocztowa z Berlina, w której pisze o poznaniu ks. Sonnenscheina i wyraża nadzieję, że powróci do Włoch, dobrze znając środowiska katolickich robotników i studentów.
„Przemierzał schody berlińskich domów, odwiedzając chorych i biednych. On sam własnymi rękami robił zastrzyki swym wycieńczonym podopiecznym. W jego przypadku działały nie tyle lekarstwa, co uzdrawiająca siła jego miłości i poświęcenia.” (Lequio)
W lipcu 1921r. Pier Giorgio bierze udział w odbywającym się w Rawennie I-szym kongresie „Pax Romana” – międzynarodowej organizacji inteligencji katolickiej, połączonym z X-tym zjazdem FUCI. Pod wpływem Sonnenscheina, Pier Giorgio rzuca ideę połączenia FUCI z GCI organizacją młodzieżową zdominowaną przez młodzież robotniczą. Idea ta była na owe czasy zbyt rewolucyjna i została odrzucona.
„Wasza przemoc nie może pokonać
siły naszej wiary, ponieważ Chrystus nie umiera”
Po zakończeniu zjazdu w Rawennie, Pier Giorgio wraz z innymi uczestnikami udał się do Rzymu na zjazd GCI – Włoskiej Młodzieży Katolickiej. Po papieskim błogosławie, młodzież zwartym pochodem szła złożyć hołd na grobie Nieznanego Żołnierza. Nagle z jakiejś grupki prowokatorów rozległ się krzyk: Niech żyje Papież Król! Poszły w ruch pięści i kije. „Gwardie królewskie, które patrolowały pochód pięćdziesięciu tysięcy młodych, otrzymały szaleńczy rozkaz: Odebrać członkom FUCI sztandary! Pier Giorgio zaciekle bronił sztandaru swojego koła Cesare Balbo, trzymając go w zaciśniętych zębach i odpierając przy pomocy kija ciosy, które jeden z konnych gwardzistów usiłował mu zadać. Schwytany przez dwóch gwardzistów i odprowadzony wraz z innymi na dziedziniec Pałacu Alfieri, gdy ujrzał, jak młodemu Sardyńczykowi, który nie chciał puścić swojego sztandaru, jeden z agentów grozi bagnetem, rzucił się do przodu i wykrzyczał nazwisko swego ojca. Skutek był piorunujący… Oficer skarcił surowo agenta i uprzejmie oświadczył Pier Giorgio, że może sobie pójść. Lecz on odmówił; po chwili, przyklęknąwszy na bruk obok pokiereszowanego i potłuczonego asystenta kościelnego (FUCI), wyciągnął z kieszeni różaniec i wezwał wszystkich do modlitwy „za nas i za tych, którzy nas pobili”. W drugiej ręce trzymał postrzępiony sztandar koła Cesare Balbo. (C.Testore, SJ)
Był silny fizycznie, pełen energii i odważny. Nienawidził przemocy, lecz nie czuł przed nią strachu, zawsze postępował śmiało i prosto, nigdy nie szukał krętych dróg wyjścia.
„Nie ten powinien się bać, co pada
ofiarą przemocy, ale ten, co tę przemoc stosuje. Gdy Bóg jest z nami,
nie ma się czego bać.”
Każdy udział w procesji oznaczał w tych latach narażenie się na zniewagi, a nawet pobicie; Pier Giorgio nigdy nie wahał się kroczyć po ulicach ze świętymi obrazami i brał udział w każdej manifestacji religijnej. Śpiewał i modlił się głośno, idąc z procesją pomiędzy dwoma szeregami wrogich twarzy. Nierzadko zdarzało mu się trafić do aresztu w wyniku starć z policją.
Często sam bronił gabloty uniwersyteckiej, w której jego klub wywieszał ogłoszenia nie podobające się antyklerykałom. „Pamiętam Pier Giorgia stojącego z laską w ręku przed gablotą gotowego do jej obrony; dookoła niego wrzaski i wycia tłumu studentów. Ani wyzwiska, ani pogróżki, ani uderzenia nie skłoniły go do odejścia.”
Bardzo lubił śpiewać, ale fałszował okropnie – miał iście barani głos i dębowe ucho. Gdy ktoś w kościele zwrócił mu uwagę, że fałszuje, odpowiadał: „ale ważne jest to, że się śpiewa”. Śpiewał za czterech wydzierając się tak, że musieliśmy uszy zatykać.” (A.Montefia)
„Znak krzyża zwyczajny, powszechny i prawie instynktowny gest. Frassati nadawał mu tak niezwykły wyraz, że wszędzie, gdzie go czynił, w domu, tramwaju, na ulicy, zwracał powszechną uwagę.”
Pier Giorgio nie otrzymał swoich cnót w darze, lecz zdobywał je w każdej godzinie swego życia, żelazną wolą kształcąc siebie w ciężkiej walce podtrzymywany przez wiarę i modlitwę.
„…Żeby wykonać pewne postanowienia, trzeba mieć żelazną wolę, której ja, niestety, nie posiadam. Posiadam natomiast, nieszczęsny, wolę nawykłą, niestety, do ustępstw, a zatem potrzeba mi modlitw, ponieważ tylko modlitwą i przez modlitwę będę mógł otrzymać od Boga łaskę umocnienia mej woli.” (list do J.Massetti, 1925r.)
„…aż do dzisiaj żyłem nazbyt materialnie, a teraz zaś trzeba, bym zahartował ducha do przyszłych walk, od tej chwili bowiem każdego dnia, każdej godziny będzie nowa jakaś bitwa, którą trzeba będzie stoczyć, i jakieś nowe zwycięstwo, które trzeba będzie odnieść.” (list do J.Bonini, 1925r.)
„Proszę,
módl się trochę za mnie, aby Bóg dał mi żelazną
wolę, która nie ugnie się i nie sprzeciwi Jego zamysłom”.
Naukę uważał za swój pierwszy obowiązek. Wkładał w nią dużo wysiłku, ale często zasiadał nad książką dopiero po odwiedzeniu swoich biednych, chorych w Cotollengo, starców w przytułku, lub po nocy spędzonej na adoracji.
W 1922r. wstępuje do III-go zakonu św. Dominika przyjmując imię Girolamo (Hieronim) na cześć Girolamo Savonaroli – średniowiecznego mnicha dominikańskiego, który nieugięcie zwalczał zepsucie w społeczeństwie i wśród kleru, ponosząc śmierć męczeńską na stosie.
Kochany Tonino!
Jestem szczęśliwy, że masz zamiar wstąpić do wielkiej rodziny św. Dominika. Zobowiązania są bardzo małe. Rozumiesz, że nie mogłem należeć do zakonu, który stawia zbyt duże wymagania… Chciałbym, byś przyjął imię brata Girolamo, nie dlatego, że ja jako tercjarz je noszę, lecz dlatego, że przywodzi na myśl drogą postać Savoonaroli, który miał podobne jak Ty i ja poglądy na upadek moralny. Gorąco czczę tego zakonnika, który skończył śmiercią świętego… jest On dla mnie wzorem, lecz jakże niedoścignionym. Pomyśl o tym i napisz, co o tym sądzisz. W Jezusie Chrystusie brat Girolamo Frassati (list do A.Villani)
„Pamiętam Pier Giorgia u dominikanów. Jego postać utrwaliła się w mojej pamięci, bo bezwzględnie wyrażała coś ważnego, coś nadzwyczajnego. Spotkanie z człowiekiem o takim duchu, który był żywym przykładem świętego z cygarem w ustach, z ludzką możliwością nie kamuflowania własnej osobowości duchowej zewnętrznymi, rytualnymi oznakami, wywarło głęboki wpływ na ukształtowanie się wielu z nas. (Inż. G.C.Camerana)
Podobnie jak wcześniej przeciwstawiał się gwałtom i przemocy ze strony komunistów, tak później walczył z szybko rosnącym w siłę ruchem faszystowskim. W lipcu 1922r. pisał do kolegi Villani: „Miejmy nadzieję, że położymy kres temu wielkiemu skandalowi, jakim jest ruch faszystowski.”
28.X.1922r. odbył się słynny marsz faszystówna Rzym, w wyniku którego Mussolini zostaje premierem Włoch. Okazało się, że część członków Włoskiej Partii Ludowej popiera Mussoliniego. Pier Giorgio był tym wstrząśnięty:
„Rzuciłem okiem na mowę
Mussoliniego i krew zawrzała mi w żyłach: wierz mi, jestem
naprawdę rozczarowany haniebną postawą ludowców. Gdzież ich
piękny program, gdzież wiara, która ożywiała naszych ludzi?
Niestety, kiedy w grę wchodzą światowe honory, ludzie gotowi
są deptać własne sumienia… Dziś bardziej niż
kiedykolwiek musimy przyznać z bólem, że, niestety, miał i ma po
dziś dzień rację chrześcijański poeta Dante, kiedy
pisał:
„Biedna
Italia, bólu gościnnica,
Śród wielkiej burzy – bez sternika nawa,
O, już nie pani ludów –
nierządnica”
(list do A.Villani)
„Według mnie, lepiej zostać samemu, lecz z czystym sumieniem, niż być razem z innymi, ale z wielką plamą na sumieniu.” (list do A.Severi)
„Jestem do głębi oburzony, że sztandar, który tyle razy, choć jestem niegodny, nosiłem w religijnych pochodach, Ty wywiesiłeś na balkonie oddając cześć temu, kto niszczy wszelką religijną działalność, nie hamuje wybryków faszystów, pozwala zabijać sługi Boże, jak ks. Minzoni i inni, toleruje różne świństwa, pokrywając te zbrodnie zawieszeniem krucyfiksów w szkołach. Biorąc na siebie całą odpowiedzialność, zdjąłem ten sztandar, niestety, za późno i teraz oznajmiam Ci swoje nieodwołalne wystąpienie z klubu. Będę nadal prowadził swoją robotę, z pomocą Bożą, poza klubem, choć będzie mi bardzo przykro, i będę pracował na rzecz chrześcijaństwa i Chrystusowego Pokoju. Życzę sobie, żeby ten mój list, napisany w pośpiechu, ale płynący z głębi duszy, został odczytany na najbliższym zebraniu.” (list do G.Riva prezesa Klubu Cesare Balbo z okazji przyjazdu Mussoliniego do Turynu)
Przemówienie do młodzieży klubu parafialnego „Milites Mariae”
„…Dzisiaj, w
tak ważnej dla naszej ojczyzny chwili, bardziej niż kiedykolwiek
ciąży na nas katolikach, a w szczególności na studentach,
ważny obowiązek kształtowania samych siebie.
My, którzy zrządzeniem łaski
Bożej jesteśmy katolikami, nie powinniśmy marnować
najpiękniejszych lat życia… Winniśmy się zahartować,
aby zawsze być gotowym do walki, która na pewno nas czeka, walki o
wypełnienie naszych zamiarów, aby w ten sposób zgotować naszej
ojczyźnie lepszą przyszłość i przyczynić się
do moralnego zdrowia społeczeństwa. W tym celu potrzeba nam bardzo
wiele: trzeba nieustannej modlitwy, aby siły nasze nie poszły na
marne i Bóg zechciał nam użyczyć swej łaski. Trzeba
organizacji i dyscypliny, abyśmy w danej chwili byli gotowi do czynu, a
wreszcie trzeba ofiary z naszych własnych uczuć i nas samych, bez
tego bowiem nie osiągniemy celu…
Niech żyje Jezus!
Delegat
młodzieży uniwersyteckiej
Pier Giorgio
Frassati”
Pier Giorgia cechowało żywe poczucie wspólnoty z katolikami innych krajów i obowiązku ich współdziałania.
„W tych tragicznych, bolesnych chwilach, kiedy Waszą ojczyznę depczą obce stopy… ślemy Wam, my studenci katoliccy, wyrazy naszej braterskiej miłości.Nie jesteśmy w stanie odmienić Waszego smutnego położenia, ale czujemy w sobie potęgę chrześcijańskiej miłości, która brata nas ze wszystkimi narodami, mimo dzielących nas granic. Rządy dzisiejsze nie podporządkowują się napomnieniom Papieża, że prawdziwy pokój jest w większej mierze owocem chrześcijańskiej miłości bliźniego, aniżeli sprawiedliwości, przygotowują całej ludzkości wojenną przyszłość. Katolicy – wy i my – winniśmy wnosić powiew dobroci, który może się zrodzić jedynie z wiary Chrystusowej. Bracia, wiedzcie, że w chwili nowych ciężkich prób i okropnych cierpień, wielka rodzina chrześcijańska modli się za Was, aby Wasze cierpienia stały się lżejsze… Ponieważ pokój nie może powrócić na świat bez Boga, zachowajcie przynajmniej Wy, ludzie dobrej woli, w sercach Waszych Tego, którego aniołowie w stajence głosili zbawcą ludzkości.” (list Pier Giorgia do studentów niemieckich z Zagłębia Ruhry, po jego zajęciu przez Francuzów w 1923r.)
„Otrzymałem list od mojego przyjaciela pana Domanig, przedstawiciela studentów austriackich w „Pax Romana” Pisze on o ogromnej nędzy, jaka panuje w Austrii. Jest teraz w Wiedniu mnóstwo robotników i dzieci bez dachu nad głową, rzuconych na żer nędzy i głodu. Prosi mnie, abym mu pomógł przy urządzaniu kwesty. W duchu „Pax Romana” pomyślałem, że Pani będzie mogła zrobić to samo w Holandii” (list do M.Schwan, 1923r.)
„Chciałbym zrobić dużo dla Niemców, lecz, niestety, nie mogę. Weź, proszę Cię, te pieniądze dla biednych dzieci Berlina: jest ich mało, ale lepsze to niż nic” (list do W.Leitgebel, 1923r.)
Góry, góry,
góry, kocham was!
Góry były wielką pasją Pier Giorgia. Dobry alpinista i narciarz, każdą wolną chwilę spędzał na wspinaczkach i górskich wycieczkach.
Nad przepaścią
„Coraz
częściej pragnę wspinać się po górach, zdobywać
szczyty najgroźniejsze, odczuwać tę czystą
radość, którą tylko góry dają.”
Wyprawy w góry, oprócz wielkiej przyjemności, dawały okazję do modlitwy i do apostolstwa.
„Pragnąłbym, o ile moje studia
pozwoliłyby na to, spędzać całe dni w górach,
podziwiając w ich czystym powietrzu wielkość Stwórcy.”
„Ileż to razy w górskich schroniskach uciszał nagle hałas, który sam przedtem rozpętał, intonując swoim potężnym, choć nie bardzo melodyjnym głosem różaniec, do którego przyłączali się także inni nie należący do jego towarzystwa.” (ks. R.Ruffini)
„Kiedyśmy się zatrzymywali na krótki odpoczynek, Pier Giorgio porównywał naszą trudną drogę do wznoszenia się w wierze: „Im wyżej dotrzemy, tym wyraźniej usłyszymy głos Chrystusa.” (A.Valetto)
„Chętnie bym Wam towarzyszył,
gdyby nie to, że wówczas straciłbym Mszę św. w dwa kolejne
dni świąteczne.”
„Ileż razy przychodził do mnie w sobotę, prosząc, aby odprawić pierwszą poranną Mszę wcześniej niż zwykle, ileż razy, gdy było to niemożliwe, rezygnował z wycieczki.” (biskup G.Prandini)
Myśl o śmierci w ciągu dwóch ostatnich lat życia nie opuszczała go:
„Znasz tragiczny
los biednego adwokata Loretza. Zginął w wypadku na Chateau des Dames,
lodowcu bardzo łatwym, który ja dwa lata temu, który ja dwa lata temu bez
trudu pokonałem… podobny los i mnie czeka za kilka lat i stąd
morał: kiedy się idzie w góry, trzeba najpierw doprowadzić do
porządku swoje sumienie, bo nigdy nie wiadomo, czy się wróci. Ale
mnie to nie przeraża, przeciwnie, coraz silniejsze jest we mnie pragnienie
wypraw górskich, zdobywania trudnych szczytów, doznawania tej radości, jaką
tylko w górach można znaleźć…” (list do A.Villani, 1923r.)
„…Widziałem
go, zanim złożono go do trumny. Był w stanie wzbudzającym
litość… Wszelako odwiedziny te były dla mnie zbawienne.
Zastanowiłem się i pomyślałem, że i ja za parę
lat będę w takim stanie; i ja wzbudzę uczucie litości
zmieszane z odrazą… śmierć, owo wielkie misterium,
rozłoży moje ciało i w krótkim czasie obróci je w proch. Lecz
oprócz materialnego ciała istnieje dusza i jej musimy
poświęcić wszystkie nasze siły.
Ponieważ człowiek nie wie, kiedy śmierć przyjdzie po niego, bardzo roztropnie będzie przygotowywać się do niej codziennie; a zatem od tej chwili będę się starał każdego dnia czynić małe przygotowanie do śmierci, żeby nie zastała mnie nieprzygotowanego, żebym nie musiał opłakiwać pięknych lat młodości zmarnowanych duchowo.” (list do A.Villani 1923r.)
Powaga i głęboka religijność łączyła się u Pier Giorgia z ogromną żywotnością, poczuciem humoru i hałaśliwymi wybuchami radości. Wraz z kolegami z FUCI założył w 1924r. żartobliwie nazwane Towarzystwo „Ciemnych Typów”, którego zadaniem były wspólne wycieczki w góry oraz wzajemna pomoc duchowa.
„Będziemy nierozerwalnie
złączeni, w przekonaniu, że wiara, która nas zespoliła
podczas naszych wycieczek, stanowi granitową podstawę naszej
przyjaźni.”
„Drogi Marco!
Nie życzę Ci niczego, bo będzie tak, jak postanowi Opatrzność. 27-go pójdę do Oropy i u stóp Czarnej Madonny pomodlę się za Ciebie, chociaż tak mało znaczą moje modlitwy. Gdy tylko wrócę do Turynu, przyślę Ci pamiątkę, która – mam nadzieję – zawsze będzie nas łączyć węzłem niematerialnym: jest to różaniec zrobiony z nasion zebranych w ogrodzie.” (list do M.Beltramo, 1924r.)
Stowarzyszenie
„Ciemnych Typów. Przemysł turystyczno-alpinistyczny i temu podobny, z
kapitałem przelanym, tak przelanym, że już go nie ma.
Statut
1. Założone Towarzystwo „Ciemnych Typów” składa się ze wspólników i wspólniczek, podzielonych na dwie grupy: drabów i drabinek.
2. Władzami Towarzystwa są: zgromadzenie ogólne, prezes, kierownik wycieczek i t.p., sekretarz i jeden „leć-przyleć”
3. Aby zostać przyjętym jako drab(inka), trzeba złożyć podanie do drabów – założycieli i zostać zatwierdzonym przez zgromadzenie ogólne.
4. Dewizą Towarzystwa jest: niewielu, ale dobrych jak makaron (włoski!)…
5. Jest absolutnie zakazane wszystkim drabom i drabinkom przynoszenie psów a szczególnie mongreńskiej rasy, zabronione jest także wprowadzanie pieprzu i t.p. owadów.
„Ciemny Typ”
W atmosferze górskich wycieczek zrodziła się pierwsza (i jedyna) miłość Pier Giorgia do dziewczyny. Całą siłą swej młodości zakochał się w Laurze Hidalgo, sekretarce Towarzystwa „Ciemnych Typów”. Po wewnętrznych zmaganiach zdecydował jednak ukryć przed nią swoje uczucie i przekształcić je w coś innego.
Na parę miesięcy przed śmiercią pisał do kolegi:
„…Wiele razy chodziłem z Nią w
góry, chodziłem też z innymi; ale teraz nabrałem już
przekonania, że jeśli nie można osiągnąć celu, to
trzeba zdławić w zarodku uczucie, które pielęgnowane
należycie, mogłoby przynieść ogrom szczęścia, w
przeciwnym wypadku tylko udrękę… Podczas mych walk wewnętrznych
nieraz zapytywałem siebie: dlaczego mam być smutny? Czy mam
cierpieć i z niechęcią znosić tę ofiarę?
Czyżbym stracił wiarę? Nie, dzięki Bogu wiara moja jest
jeszcze dość mocna. Należy więc wzmocnić ją
jeszcze, jtwierdzić ją, jest ona bowiem jedyną
radością, jaką człowiek może nasycić się na
tym świecie. Wniej jest wartość każdej ofiary; zresztą
nam, jako katolikom, dana jest Miłość, która przewyższa
każdą inną… Miłość, bez której, jak mówi św.
Paweł, wszystkie cnoty nic nie są warte. Tylko ona może być
przewodnikiem i drogowskazem na całe życie. Ona z łaską
Bożą, może być celem, do którego dąży mój duch…
Pomyśl tylko, gdybym w chwili kryzysu miał nieszczęście nie
wierzyć, nie warto byłoby żyć ani chwili dłużej,
tylko śmierć mogłaby być ukojeniem wszelkich ludzkich
cierpień…
A więc mój program polega na przetworzeniu w świetle Miłości tej wyjątkowej sympatii, jaką czułem do Niej, sympatii, która nie miała się dopełnić, na pełną szacunku przyjaźń, pojętą w znaczeniu chrześcijańskim… Może powiesz mi, że szaleństwem jest spodziewać się tego, ale wierzę, że jeżeli będziecie choć trochę modlić się za mnie, w krótkim czasie osiągnę przez modlitwę ten stan. Oto mój program, który, z pomocą Boską, mam nadzieję urzeczywistnić i nawet gdyby to miało mnie kosztować życie, mniejsza o to.” (list do J.Bonini)
„Przyszłość jest w ręku
Boga i lepiej być nie może.”
Nadszedł rok 1925, Rok Święty.
„Przygotowywałem się do Roku Świętego w Adwencie, czytając św. Augustyna. Nie skończyłem jeszcze tej lektury, ale wyniosłem z niej ogromną radość… potem przejdę do studiów filozoficznych, jeżeli znajdę dobre tłumaczenie św. Tomasza z Akwinu. Widzisz, że projekty na Rok Święty są wspaniałe. W ten sposób, jak sądzę, uda mi się najlepiej nudną naukę technologii przeplatać przyjemną lekturą… Niech Pokój, który jest gorącym pragnieniem nas wszystkich przyjdzie w tym roku, gdy pomnożone są łaski Pana. Jestem szczęśliwy, że moja studencka kariera skończy się w roku tak pięknym.” (list do F.Massetti, 4.I. „Roku Świętego”)
„Niech Pokój panuje w Twojej duszy, oto życzenie jakie Ci składam na ten Rok Święty; wszystko inne, co można w tym życiu posiadać, jest marnością, tak jak marne są wszystkie rzeczy ziemskie. Pięknie jest żyć, gdy się wie, że po tamtej stronie czeka na nas życie prawdziwe; inaczej, któż mógłby udźwignąć ciężar tego życia, gdyby nie było nagrody za cierpienia, wiecznej radości…” (list do M.Beltramo, 15.I.1925r.)
W lutym 1925r. Luciana, ukochana siostra Pier Giorgia i towarzyszka całego jego dzieciństwa, wyszła za mąż za Polaka, Jana Gawrońskiego i wyjechała z Włoch. Jej wyjazd był dla niego „prawdziwym ciosem w samo serce” jak pisał do przyjaciela Marco Beltramo. Pozostał sam ze swoimi problemami i narastającym od pewnego czasu konfliktem pomiędzy rodzicami. Ale jednocześnie był to kolejny etap jego wewnętrznego dojrzewania.
„…- Wiary trzeba się trzymać z całych sił. Nasze życie, jeśli jest prawdziwie chrześcijańskie, jest nieustającą ofiarą, nieustającym wyrzeczeniem. Wiara dana mi przez chrzest przemawia do mnie mocnym głosem: sam jeden nie dokonasz niczego, lecz jeśli Bóg będzie ośrodkiem twojego działania, osiągniesz wszystko.” (list do I.Bonini, 15.I.1925r.)
„…Każdego dnia lepiej pojmuję, co to za łaska być katolikiem. Biedni i nieszczęśliwi są ci, którzy nie mają wiary! Życie bez wiary, bez dziedzictwa, którego mamy obowiązek bronić, bez wspierania prawdy w ciągłych walkach, to nie życie,to wegetacja. Nie powinniśmy wegetować, lecz żyć gdyż… mamy wspierającą nas wiarę i mamy nadzieję dotarcia do naszej Ojczyzny…” (list do I.Bonini, 27.II.1925r.)
„Kochana Luciano!
Pytasz mnie, czy jestem wesoły: jakże mógłbym nie być? Dopóki Wiara będzie mi dawała siłę, będę zawsze wesoły: z dusz katolickich smutek powinien być raz na zawsze wygnany. Cierpienie to nie smutek, który jest najgorszą ze wszystkich chorób. Przyczyną tej choroby jest niemal zawsze ateizm, jednakże cel, dla którego zostaliśmy stworzeni, wskazuje nam drogę, wprawdzie usianą wieloma kolcami, ale nie smutną bynajmniej: jest to droga radosna, nawet jeżeli wiedzie przez cierpienie.” (list do siostry, 14II.1925r)
„Pewien epizod ze zjazdu Partii Ludowej w Turynie, ukazał nam jasno osobowość Pier Giorgia. Byłem właśnie pochłonięty dyskusją z ks. Sturzo, kiedy zauważyłem, że Pier Giorgio kręci się po sali, rozdając uczestnikom tego burzliwego zgromadzenia, różnokolorowe ulotki. Okazało się, że są to wezwania, aby wszyscy udali się na nocną adorację. Wzniosła i pogodna nuta, wprowadzona w zaciekłą dysputę polityczną, wydała mi się czymś niezwykłym.” (Mons. Cavallo)
„Dobrze pamiętam Pier Giorgia w katedrze Turyńskiej,w pewną noc adoracji: klęczał na posadzce w tłumie innych, potrącany raz po raz, krople wosku ze świeczników kapały mu na ubranie, on jednak niczego nie dostrzegał, całkowicie pochłonięty modlitwą.” (ks.Costagno)
W górę…
„…dzień po dniu żywię się nadzieją, że uzbroję się w silną wolę, która pozwoli mi doprowadzić do końca ten ostatni mój trud: ponieważ jestem już bliski zebrania tego, co posiałem…” (list do M. Beltramo, 15.VI.1925)
„…Chciałbym iść prostą drogą, lecz co chwila potykam się i upadam. Proszę Cię, módl się za mnie, ile możesz, abym dotarł do końca swej męczącej, ale prostej ścieżki, w dniu wyznaczonym przez Opatrzność Bożą…” (list do M.Beltramo, XII.1924)
29 czerwca 1925r., w okresie przygotowań do egzaminów inżynierskich, wystąpiły u Pier Giorgia pierwsze objawy choroby dziecięcej Heinego-Medina. Rozpoczął się ostatni tydzień jego życia. Nie wiedzieli o tym niemal do końca nawet jego najbliżsi, zajęci w tym czasie chorobą i śmiercią jego babki. On sam milczał na temat swojej choroby, nie chcąc powiększać panującego w domu zamieszania. „To wprost nie do wiary, że brakuje ciebie, kiedy jesteś najbardziej potrzebny” – zwróciła się do niego z wyrzutem matka. Nie wiedziała, że w nocy z największym trudem, upadając kilka razy, dowlókł się do pokoju babki, żeby pomodlić się przy jej trumnie. Nawet nazajutrz, kiedy był już częściowo sparaliżowany, nikt nie domyślał się powagi sytuacji. Był to piątek, dzień jego systematycznych odwiedzin u biednych. Pamiętał o nich i tym razem: „To są zastrzyki dla Sappy i pokwitowania z lombardu dla C., odnów je na mój rachunek.” – napisał z trudem na kartce i wręczył siostrze z prośbą, by przekazała je koledze.
Sporządzona przez Pier Giorgia lista obowiązujących go egzaminów na Politechnice. Przy egzaminach już zdanych są oceny (najwyższa ocena wynosiła 100 punktów).
W sobotę, 4 lipca, Pier Giorgio zakończył życie. Wyruszył w drogę „do naszej prawdziwej ojczyzny, by śpiewać na chwałę Boga” – jak pisał w jednym ze swoich wcześniejszych listów.
Nie pamiętam nic bardziej spontanicznego, bardziej skupionego i wzruszającego od pogrzebu tego studenta. Na owym placu, wśród tłumu cisnącego się dookoła trumny, naprawdę liczyli się nie owi wielcy, lecz raczej bezdomni, ubodzy, opuszczeni, ci, którzy mogą ofiarować światu własną nędzę jedynie i własną słabość. Ci, którzy po nim płakali, w milczeniu śpiewali hymny ku jego czci. Ci, którzy mieli serce rozdarte, samym tylko rozdarciem składali zmarłemu dzięki za to, że ocalił w swoim życiu, także dla innych ludzi, pewne wartości, które życiu nadają cenę i godność.” (La Stampa, 7.VII.1925r.)
„Marco!
To pierwsza noc, kiedy Pier Giorgia nie ma już w domu, przynajmniej w tej świętej postaci, w jakiej wczoraj doznałam łaski ujrzenia Go w blasku czystości i piękna… Przed tym łóżkiem, które wydało mi się ołtarzem, po raz pierwszy w życiu poczułam – z lękiem, jakiego nigdy nie zdołam wypowiedzieć – że śmierć zstępuje z góry i że może być, jak tu właśnie, wniebowzięciem.
…Tylko Jego dobroć trzymała nas zjednoczonych… Można Mu było się zwierzyć z każdego uczucia – byle było szczere – i mieć pewność, że będzie zrozumiane. Tylko dwulicowości nie rozumiał.
…O, to cudowne dzieciństwo, które rodziło się z Niego i otaczało Go i dawało nam taką lekkość, taką gotowość do trudnych podejść, taką wolność od wszelkiego lęku, takie poczucie bliskości Boga, którego On nosił w sobie! Któż da nam jeszcze kiedyś taką oczyszczającą radość? Kto powtórzy, nie tylko przed naszymi oczuma, ale w nas samych, cud świętości radosnej, beztroskiej, świeżej i krzepiącej jak woda z alpejskich źródeł?… Czy pójdziemy Jego śladem?
… Skupmy się ciasno wokół Krzyża i kochajmy się przez pamięć Jego, tak, jak gdyby był jeszcze pośród nas. Może dzięki temu ujrzymu jeszcze błysk Jego uśmiechu. O dobroci, jesteś bardziej świetlista i gorętsza niż słońce, jesteś wieczna.” (list koleżanki Pier Giorgia C.Luotto do M.Beltramo napisany dwa dni po śmierci Pier Giorgia)
Ewntualne dotatki
Turyn 19 lipca 1922
Kochana mamo,
Przykro mi, a
raczej bardzo mię to boli, że myślisz takie rzeczy
nieprawdziwe. Rady mamy są zawsze
najmądrzejsze i zawsze dobre, choćby się samemu już
było starym. W tym roku byłaś bardzo daleko ode mnie i
mogłem ocenić, co to znaczy nie mieć mamy tu blisko, która
nakrzyczy czasami, ale wieczorem daje pocałunek i swoje
błogosławienstwo – chociaż nie jest się w samotności,
lecz ma się kochaną ciocię i kochaną babcię. Ale,
kochana mamo, nie mogę być z wami w Pollone, trochę w tym mojej
winy, to ciężkie niedomaganie, że jestem dosyć powolny, ale
trochę też to wina studiów, ktore są bardzo poważne.
Trzeci rok
jest kością ciężką do zgryzienia i trzeba czynić
wiele ofiar, aby bezpiecznie dojść do mety.(...)
Kochana mamo,
jeszcze raz cię przepraszm za wszystkie drobne przykrości, jakie ci
wyrządziłem, ale bądź pewna, że jeśli nieraz
zawiniłem wobec ciebie, w przyszłości będę się
starał postępować lepiej, bo myślę często o tobie
i zawsze modlę się do Boga aby ci dawał pociechę, jakiej ja
z powodu moich wad dawać ci nie mogę, chociaż bardzo cię
kocham
Ucałowania
dla ciebie i dla cioci
Pier Giorgio
Kochany Papo,
jutro jest twoje śwęto i przykro mi bardzo,że nie mogę ci
wyrazić własnym głosem, wszystkich uczuc mojego serca.
Będę
jednak jutro przy tobie i pomodlę się, żeby Pan Bóg dał ci
wszystkie mozliwe pocieszenia za to Dobro, jakie czyniłes i czynisz. ( 27 IX.1923)
„ Wczoraj odbył się ślub mojej siostry...rozstanie wieczorem było straszne. Możesz sobie wyobrazic, jedyna siostra, towarzyszka mojego dzieciństwa, ....... (do M:Beltramo 25.I.1925)pan senator jednego rana mi powiedział:”wczoraj o połnocy zastałem Pier Giorgia spiacego na kleczkach z rozańcem w reku”.(Carolina Masoero)
podczas jednej wycieczki w czasie Wielkiego Postu suszyl kompletnie w dniu kiedy mial prowadzic spinaczke o linie na czele mniej doswiadczonych alpinistow. Zwrocono mu uwage, ze byloby lepiej gdyby cos zjadl, wobec jego silnego zdrowia i znakomitego zoladka. Ale przerwal dyskusje, mowiac ze smiechem, ze jesli nie beda poscici ci, ktorzy sa silni i zdrowi, to ktoz ma poscici?
Widywalem go czesto, kiedy zima z pelnym nareczem drzewa na opal, spinal sie po kretych i brudnych schodach domow stojacych na peryferiach miasta, by zapewnic biedakom. Ktorymi sie opiekowal, chociaz troche ciepla. (Mario Muratori)
Ilez razy widzialem go szedl obladowany paczkami z ubraniami, wykupione przez niego na Lombardzie i wlasnorecznie je odnosil biednym.
Co masz w kieszeni, spytalem wskazujac lewa kieszen jego marynarki wypchana niemozliwie: Rozesmial sie, i wsuwajac reke do kieszeni pokazal mi koniec bucika.”Pamietasz ze syn biednej T. Chcialby pojsc do oratorium salezjanow ale nie moze bo nie ma butow?”
Dwa cygara dzis – zawolal do kucharki Marii – jeden dla sw.Piotra i jeden dla sw.Pawla
(29.VI.1925 – tydzien przed smiercia)
Postanowilem ze natychmiast po powrocie do Turynu zaczne sie uczyc od rana do wieczora i od tej chwili bede umarly dla wszystkich oprocz konferencji sw. Wincentego (list do Bonini 15.IV.1925)
W takiej atmosferze zrodzila sie jego pierwsza milosc do jednej dziewczyny z FUCI nalezacej do grupy „Ciemnych Typow”.
„Wczoraj wieczorem przyszedl do mnie Pier Giorgio ze swoimi wielkiem czarnymi oczami i powiedzial mi ze jest zakochany w jednej pannie ktora znam. Rozumie sie ze nic o tym nie powiedzialam mamie, bylby to dla niej cios....Biedaczek..aby tak postepowac, potrzeba jego calej niezmiernej dobroci i prawosci...Myslalam o jego karierze, o jego idealach i to bylo rozdzierajace, boi cokolwiek mowil, dodawal zaraz: „ale nie moge, bo nie chce opuscici mamy”. (list siostry do narzeczonego Jana Gawronskiego)
Do kolegi, prezesa swojego ukochanego klubu uniwersyteckiego, gdy na przyjazd Mussoliniego do Turynu wywiesil choragiew:
„ Wczoraj odbyl sie slub mojej siostry...rozstanie wieczorem bylo straszne. Mozesz sobie wyobrazic, jedyna siostra, towarzyszka mojego dziecinstwa, ....... (do M:Beltramo 25.I.1925)pan senator jednego rana mi powiedzial:”wczoraj o polnocy zastalem Pier Giorgia spiacego na kleczkach z rozancem w reku”.(Carolina Masoero)